POSŁANIEC NOCY CZ.2
Czarownik
sprawiał wrażenie poruszonego treścią listu, jednak Cahir mógł czuć jedynie
irytację. Mężczyzna nakazał mu zostać, a szlachetnie urodzony chłopak, nie
przywykł do rozkazów. No chyba, że królewskich.
-
To bardzo złe wieści, chłopcze.
Czarownik
usiadł przy starym, zabytkowym biurku, wyciągnął papier oraz kałamarz i zaczął
pisać.
Cahir
poczuł jak zalewa go jasna cholera. Mężczyzna jakby zdawał się nie odczuwać
jego irytacji,
a przynajmniej tego nie okazywał. Miał na
sobie niebieską, długą szatę oraz bardzo drogie buty ze smoczej skóry.
-
Aż tak ci śpieszno, chłopcze?- zapytał nagle czarownik, uśmiechając się
złośliwie pod nosem.
Zmarszczki
wokół jego czarnych oczu, jakby się pogłębiły;
Cahir sądził, że mężczyzna miał na oko czterdzieści parę lat.
-
Nie, panie.
Czarownik
skończył pisać, podniósł się z krzesła i zwrócił z listem w stronę posłańca.
-
Do rąk Jego Królewskiej Mości.
Ręka
Cahira zadrżała gdy odbierał przesyłkę. A
niech to szlag trafi.
***
Wyszedł
na dwór, pochmurniejąc na widok uśmiechniętej szeroko dziewczynki. Podeszła do
niego pośpiesznie, a gdy zauważyła list w jego ręku, zatrzymała się gwałtownie.
-
Kolejny?
- Tak.
-
Ważny?
- Mhm. To list do stolicy.
Nie mogę cię zabrać ze sobą. Roi się tam od Najemników.
Veronite
zbladła gwałtownie i zacisnęła rączkę na jego ramieniu.
-
Nie!
-
Posłuchaj…
-
Nie zostawiaj mnie! Obiecałeś, że nie zostawisz! Mamy tylko siebie, pamiętasz?
Wpadła
w histerię, z jej dużych, niebieskich oczu zaczęły wypływać łzy.
-
Nie możesz…
Huk
końskich kopyt rozległ się gdzieś blisko. Ver umilkła nagle i dała się bez
słowa sprzeciwu wsadzić na wierzchowca. Już po chwili w dzikim pędzie mknęli
przez las. A za nimi postacie. Całe w czerni,
z
łukami w rękach i czerwonymi oczami, jak u diabła. Pędzili na białych koniach, a z ich pleców
wyrastały ogromne, czarne skrzydła. Nieśli grozę, siali spustoszenie,
zwiastowali śmierć. Czarne Anioły, Najemnicy sprowadzeni przez królewską mość,
by przegonić demony z ziem ludzkich.
-
Wiedzą, że to list do króla! Musimy ich zgubić! Trzymaj się!- wrzeszczał Cahir,
nie do końca wiedząc, czy słowa docierają do dziewczynki.
Zimny wiatr smagał ich policzki. Prowadził konia przez drzewa, by zgubić pogoń. Szaleńcze tempo, łzy
Veronite, moczące jego płaszcz, głośne bicie serc. Ogłupiali ze strachu
docierali do niewielkiej wsi. Nagle
rozległy się odgłosy mknących strzał. Odwrócił przerażony głowę. Po chwili jedna
ze strzał trafiła go w oko i przeszyła czaszkę.
Zleciał z konia, a wraz z nim dziecko, które nie było w stanie się samo
utrzymać. Niewinne zwierze padło chwilę
później, doścignięte morderczymi
strzałami Czarnych Aniołów. I tylko
drzewa głośno zapłakały, udręczone widokiem niepotrzebnej śmierci.
***
Kobieta
o spiczastych uszach odgarnęła z czoła przydługie, rude włosy. Spojrzała
wyzywająco na swoją służbę, która aż skuliła się, w oczekiwaniu na rozkazy.
Otaczał
ich las, ten sam, który niedawno płakał nad losem ludzkim. Kobieta zerknęła na
dwa ciała leżące nieopodal. Powolnym ruchem wskazała na jednego z niewolników,
a jej czerwone usta rozciągnęły się w mrocznym uśmiechu.
-
Hej ty!
Czarnowłosy
zbladł i chwiejnym krokiem wystąpił z szeregu.
-
Tak, ty. Przynieś mi list, który powinien być schowany gdzieś w kieszeni posłańca-
rozkazała władczym tonem.
Chłopak
nie ruszył się jednak, otwierając szeroko oczy.
-
Ogłuchłeś?! Rusz się!
Niewolnik
podszedł powoli do trupa, a gdy wrócił chwilę później, twarz miał zieloną i był
bliski omdlenia. Kobieta odebrała list, czując coraz większe zniecierpliwienie.
Po przeczytaniu go gwałtownie zbladła,
skuliła się w sobie i upadła na kolana, błagając o szybką śmierć. Zaklęcie-pułapka
skuło jej ręce, parząc je dotkliwie. Wrzasnęła z bólu i ostatkami sił wbiła
błagalny wzrok w niewolników. Nikt się nie poruszył. Wszyscy patrzyli na jej
powolną śmierć. Tylko drzewa mściwie się uśmiechały, radując się upadkiem
przeklętego demona.
Najgłośniej
śpiewają anioły,
Gdy
upadają demony.
***
Czarownik,
słysząc wrzaski dochodzące z lasu, uśmiechnął się z zadowoleniem. Król się nie
mylił, Karantee postąpiła zgodnie z ich oczekiwaniami. Nad drzewami unosił się
czarny jak smoła dym, który niósł ze sobą ostatnie wspomnienie głównego demona.
Pomyślał o ofierze, którą przyszło im zapłacić, jednak zirytowany odgonił te
wizje, zaciskając usta w wąską szparę.
-
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy*.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*
J. Słowacki Lilla
Weneda (Prolog, wers 84)
Witam, oto druga część posłańca nocy. Nadrabiam braki.

