piątek, 6 czerwca 2014

Posłaniec Nocy cz.2


POSŁANIEC NOCY CZ.2

Czarownik sprawiał wrażenie poruszonego treścią listu, jednak Cahir mógł czuć jedynie irytację. Mężczyzna nakazał mu zostać, a szlachetnie urodzony chłopak, nie przywykł do rozkazów. No chyba, że królewskich.
- To bardzo złe  wieści, chłopcze.
Czarownik usiadł przy starym, zabytkowym biurku, wyciągnął papier oraz kałamarz i zaczął pisać.
Cahir poczuł jak zalewa go jasna cholera. Mężczyzna jakby zdawał się nie odczuwać jego irytacji,
 a przynajmniej tego nie okazywał. Miał na sobie niebieską, długą szatę oraz bardzo drogie buty ze smoczej skóry. 
- Aż tak ci śpieszno, chłopcze?- zapytał nagle czarownik, uśmiechając się złośliwie pod nosem.
Zmarszczki wokół jego czarnych oczu, jakby się pogłębiły;  Cahir sądził, że mężczyzna miał na oko czterdzieści parę lat.
- Nie, panie.
Czarownik skończył pisać, podniósł się z krzesła i zwrócił z listem w stronę posłańca.
- Do rąk Jego Królewskiej Mości.
Ręka Cahira zadrżała gdy odbierał przesyłkę. A niech to szlag trafi.
***
Wyszedł na dwór, pochmurniejąc na widok uśmiechniętej szeroko dziewczynki. Podeszła do niego pośpiesznie, a gdy zauważyła list w jego ręku, zatrzymała się gwałtownie.
- Kolejny?
 - Tak.
- Ważny?
- Mhm. To list do stolicy.  Nie mogę cię zabrać ze sobą. Roi się tam od Najemników.
Veronite zbladła gwałtownie i zacisnęła rączkę na jego ramieniu.
- Nie!
- Posłuchaj…
- Nie zostawiaj mnie! Obiecałeś, że nie zostawisz! Mamy tylko siebie, pamiętasz?
Wpadła w histerię, z jej dużych, niebieskich oczu zaczęły wypływać  łzy.
- Nie możesz…
Huk końskich kopyt rozległ się gdzieś blisko. Ver umilkła nagle i dała się bez słowa sprzeciwu wsadzić na wierzchowca. Już po chwili w dzikim pędzie mknęli przez las. A za nimi postacie. Całe w czerni,
z łukami w rękach i czerwonymi oczami, jak u diabła.  Pędzili na białych koniach, a z ich pleców wyrastały ogromne, czarne skrzydła. Nieśli grozę, siali spustoszenie, zwiastowali śmierć. Czarne Anioły, Najemnicy sprowadzeni przez królewską mość, by przegonić demony z ziem ludzkich.
- Wiedzą, że to list do króla! Musimy ich zgubić! Trzymaj się!- wrzeszczał Cahir, nie do końca wiedząc, czy słowa docierają do dziewczynki.
 Zimny wiatr smagał ich policzki. Prowadził konia przez  drzewa, by zgubić pogoń. Szaleńcze tempo, łzy Veronite, moczące jego płaszcz, głośne bicie serc. Ogłupiali ze strachu docierali do niewielkiej wsi.  Nagle rozległy się odgłosy mknących strzał. Odwrócił przerażony głowę. Po chwili jedna ze strzał trafiła go w oko i przeszyła czaszkę.  Zleciał z konia, a wraz z nim dziecko, które nie było w stanie się samo utrzymać.  Niewinne zwierze padło chwilę później, doścignięte  morderczymi strzałami  Czarnych Aniołów. I tylko drzewa głośno zapłakały, udręczone widokiem niepotrzebnej śmierci.
***
Kobieta o spiczastych uszach odgarnęła z czoła przydługie, rude włosy. Spojrzała wyzywająco na swoją służbę, która aż skuliła się, w oczekiwaniu na rozkazy.
Otaczał ich las, ten sam, który niedawno płakał nad losem ludzkim. Kobieta zerknęła na dwa ciała leżące nieopodal. Powolnym ruchem wskazała na jednego z niewolników, a jej czerwone usta rozciągnęły się w mrocznym uśmiechu.
- Hej ty!
Czarnowłosy zbladł i chwiejnym krokiem wystąpił z szeregu.
- Tak, ty. Przynieś mi list, który powinien być schowany gdzieś w kieszeni posłańca- rozkazała władczym tonem.
Chłopak nie ruszył się jednak, otwierając szeroko oczy.
- Ogłuchłeś?! Rusz się!
Niewolnik podszedł powoli do trupa, a gdy wrócił chwilę później, twarz miał zieloną i był bliski omdlenia. Kobieta odebrała list, czując coraz większe zniecierpliwienie. Po przeczytaniu go gwałtownie  zbladła, skuliła się w sobie i upadła na kolana, błagając o szybką śmierć. Zaklęcie-pułapka skuło jej ręce, parząc je dotkliwie.  Wrzasnęła z bólu i ostatkami sił wbiła błagalny wzrok w niewolników. Nikt się nie poruszył. Wszyscy patrzyli na jej powolną śmierć. Tylko drzewa mściwie się uśmiechały, radując się upadkiem przeklętego demona.
Najgłośniej śpiewają anioły,
Gdy upadają demony.
***
Czarownik, słysząc wrzaski dochodzące z lasu, uśmiechnął się z zadowoleniem. Król się nie mylił, Karantee postąpiła zgodnie z ich oczekiwaniami. Nad drzewami unosił się czarny jak smoła dym, który niósł ze sobą ostatnie wspomnienie głównego demona. Pomyślał o ofierze, którą przyszło im zapłacić, jednak zirytowany odgonił te wizje, zaciskając usta w wąską szparę.
- Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy*.
 -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* J. Słowacki Lilla Weneda (Prolog, wers 84)


Witam, oto druga część posłańca nocy. Nadrabiam braki.