piątek, 6 czerwca 2014

Posłaniec Nocy cz.2


POSŁANIEC NOCY CZ.2

Czarownik sprawiał wrażenie poruszonego treścią listu, jednak Cahir mógł czuć jedynie irytację. Mężczyzna nakazał mu zostać, a szlachetnie urodzony chłopak, nie przywykł do rozkazów. No chyba, że królewskich.
- To bardzo złe  wieści, chłopcze.
Czarownik usiadł przy starym, zabytkowym biurku, wyciągnął papier oraz kałamarz i zaczął pisać.
Cahir poczuł jak zalewa go jasna cholera. Mężczyzna jakby zdawał się nie odczuwać jego irytacji,
 a przynajmniej tego nie okazywał. Miał na sobie niebieską, długą szatę oraz bardzo drogie buty ze smoczej skóry. 
- Aż tak ci śpieszno, chłopcze?- zapytał nagle czarownik, uśmiechając się złośliwie pod nosem.
Zmarszczki wokół jego czarnych oczu, jakby się pogłębiły;  Cahir sądził, że mężczyzna miał na oko czterdzieści parę lat.
- Nie, panie.
Czarownik skończył pisać, podniósł się z krzesła i zwrócił z listem w stronę posłańca.
- Do rąk Jego Królewskiej Mości.
Ręka Cahira zadrżała gdy odbierał przesyłkę. A niech to szlag trafi.
***
Wyszedł na dwór, pochmurniejąc na widok uśmiechniętej szeroko dziewczynki. Podeszła do niego pośpiesznie, a gdy zauważyła list w jego ręku, zatrzymała się gwałtownie.
- Kolejny?
 - Tak.
- Ważny?
- Mhm. To list do stolicy.  Nie mogę cię zabrać ze sobą. Roi się tam od Najemników.
Veronite zbladła gwałtownie i zacisnęła rączkę na jego ramieniu.
- Nie!
- Posłuchaj…
- Nie zostawiaj mnie! Obiecałeś, że nie zostawisz! Mamy tylko siebie, pamiętasz?
Wpadła w histerię, z jej dużych, niebieskich oczu zaczęły wypływać  łzy.
- Nie możesz…
Huk końskich kopyt rozległ się gdzieś blisko. Ver umilkła nagle i dała się bez słowa sprzeciwu wsadzić na wierzchowca. Już po chwili w dzikim pędzie mknęli przez las. A za nimi postacie. Całe w czerni,
z łukami w rękach i czerwonymi oczami, jak u diabła.  Pędzili na białych koniach, a z ich pleców wyrastały ogromne, czarne skrzydła. Nieśli grozę, siali spustoszenie, zwiastowali śmierć. Czarne Anioły, Najemnicy sprowadzeni przez królewską mość, by przegonić demony z ziem ludzkich.
- Wiedzą, że to list do króla! Musimy ich zgubić! Trzymaj się!- wrzeszczał Cahir, nie do końca wiedząc, czy słowa docierają do dziewczynki.
 Zimny wiatr smagał ich policzki. Prowadził konia przez  drzewa, by zgubić pogoń. Szaleńcze tempo, łzy Veronite, moczące jego płaszcz, głośne bicie serc. Ogłupiali ze strachu docierali do niewielkiej wsi.  Nagle rozległy się odgłosy mknących strzał. Odwrócił przerażony głowę. Po chwili jedna ze strzał trafiła go w oko i przeszyła czaszkę.  Zleciał z konia, a wraz z nim dziecko, które nie było w stanie się samo utrzymać.  Niewinne zwierze padło chwilę później, doścignięte  morderczymi strzałami  Czarnych Aniołów. I tylko drzewa głośno zapłakały, udręczone widokiem niepotrzebnej śmierci.
***
Kobieta o spiczastych uszach odgarnęła z czoła przydługie, rude włosy. Spojrzała wyzywająco na swoją służbę, która aż skuliła się, w oczekiwaniu na rozkazy.
Otaczał ich las, ten sam, który niedawno płakał nad losem ludzkim. Kobieta zerknęła na dwa ciała leżące nieopodal. Powolnym ruchem wskazała na jednego z niewolników, a jej czerwone usta rozciągnęły się w mrocznym uśmiechu.
- Hej ty!
Czarnowłosy zbladł i chwiejnym krokiem wystąpił z szeregu.
- Tak, ty. Przynieś mi list, który powinien być schowany gdzieś w kieszeni posłańca- rozkazała władczym tonem.
Chłopak nie ruszył się jednak, otwierając szeroko oczy.
- Ogłuchłeś?! Rusz się!
Niewolnik podszedł powoli do trupa, a gdy wrócił chwilę później, twarz miał zieloną i był bliski omdlenia. Kobieta odebrała list, czując coraz większe zniecierpliwienie. Po przeczytaniu go gwałtownie  zbladła, skuliła się w sobie i upadła na kolana, błagając o szybką śmierć. Zaklęcie-pułapka skuło jej ręce, parząc je dotkliwie.  Wrzasnęła z bólu i ostatkami sił wbiła błagalny wzrok w niewolników. Nikt się nie poruszył. Wszyscy patrzyli na jej powolną śmierć. Tylko drzewa mściwie się uśmiechały, radując się upadkiem przeklętego demona.
Najgłośniej śpiewają anioły,
Gdy upadają demony.
***
Czarownik, słysząc wrzaski dochodzące z lasu, uśmiechnął się z zadowoleniem. Król się nie mylił, Karantee postąpiła zgodnie z ich oczekiwaniami. Nad drzewami unosił się czarny jak smoła dym, który niósł ze sobą ostatnie wspomnienie głównego demona. Pomyślał o ofierze, którą przyszło im zapłacić, jednak zirytowany odgonił te wizje, zaciskając usta w wąską szparę.
- Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy*.
 -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* J. Słowacki Lilla Weneda (Prolog, wers 84)


Witam, oto druga część posłańca nocy. Nadrabiam braki. 

piątek, 30 maja 2014

Posłaniec Nocy cz.1


POSŁANIEC NOCY


Zapadała noc. Podróż była długa, a siodło wyjątkowo niewygodne. Posłaniec wzruszył ramionami. Wiedział, że zatrzymywanie się podczas pracy jest w państwie zakazane, ale co w tych czasach nie było? Koń z radością zwolnił, po bezustannym galopie, a jego pan zaczął rozglądać się za miejscem do spoczynku.
Wioska zdawała się być opuszczona.  Pod kopytami  konia coś chrupotało,  wywołując na twarzy posłańca zniesmaczenie. Zatrzymał się przy najzwyklejszej z chat, by w końcu móc zejść
z wierzchowca. Drzwi były otwarte, a w środku przeraźliwie ciemno. Zaskrzypiały lekko pod jego naporem, a po chwili już stał w środku,  zastanawiając się jak oświetlić pomieszczenia.
Słychać było jedynie huk wiatru, który obijał się o okiennice.
Szedł powoli, nie oglądając się za siebie, z rękami wyciągniętymi do przodu. Oddychał bardzo niespokojnie, próbując odpędzić  irracjonalny strach. Potknął się o coś metalowego, co narobiło wiele hałasu. Po chwili usłyszał pisk i zląkł się, nie wiedząc, czy to człowiek, czy ki czort.
W kącie izby zapłonęło małe światełko. Wciągnął głęboko powietrze w płuca i cofnął się, gotowy do ucieczki. Zatrzymał go, w ostatnim momencie, widok ogromnych, niebieskich oczu. Wpatrywały się w niego ze zwierzęcym strachem. Postać nie ruszyła się jednak z miejsca, postanawiając obserwować przybysza z kąta izby. Świeca słabo oświetlała tylko kawałek twarzy.
- Kim jesteś?- spytał wyciągając z cholewy buta nóż.
Wiatr zadął jeszcze głośniej, z pola słychać było rżenie konia.
- Veronite. Nazywają mnie Veronite- głos był słodki i dziecięcy.
 Nóż w ręku posłańca zadrżał, jednak nie został opuszczony. Wiedział, że może to być podstęp, ale jeśli dziewczynka była demonem, tak słaba broń na nic by się nie zdała.
- Jak ty… Przecież Najemnicy… Oni…
- Wyprowadzili ludzi ze wsi. Matka wepchnęła mnie do spichlerza i zakazała słowem odezwać. Wyszłam jak usłyszałam, że odjechali.
- Nikt więcej…?
- Nie.
Zapaliła się kolejna świeca, oświetlając jej dziecięcą buzię. Czarne jak noc loki, puszyły się dumnie na głowie. Sięgały za ramiona, sprawiając, że była jeszcze mniejsza. Karnację miała jasną, jednak nie bladą. Mały nosek, ładnie skrojone usta, na oko dziewięć- dziesięć lat.
- Ale nie jesteś jednym z nich, prawda?- szepnęła zlękniona wypatrując w świetle jego oczu.
- Nie.
Uspokoiła się i przez chwilę wsłuchiwali się w szumiący wiatr.
- A ciebie? Zwą jakoś?
- Cahir Pannion.
- Nie wyglądasz jak rycerz. Jesteś  włóczykijem?- spytała z ciekawością, odrywając wzrok od widoku za oknem.
Wyprostował się dumnie, prezentując swój imponujący wzrost. Brązowe włosy, zmierzwione przez wiatr, pozostały w artystycznym nieładzie.
- Królewskim Posłańcem.
- Co ze mną zrobisz? Zostawisz tu?
Na twarzy Cahira pojawił się cwany uśmiech.
***
- I naprawdę potem stąd wyjedziemy?! Gdzie?! Do Aleine? A może do Aldendoffu?- Veronite wyrzucała z siebie słowa jak z karabinu, przypatrując się z ożywieniem jak siodłał konia.
-  Myślałem raczej o Parze- odparł spokojnie.
Otworzyła szeroko oczy, coś w nich błysnęło. Przyjrzał jej się uważnie, wiedząc, że nigdy nie wyobrażała sobie nawet możliwości,  znalezienia się, aż tak daleko od domu. Alduin Par było oddalone od ich państwa o paręset mil.
- Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Najpierw musimy dostarczyć list- uśmiechnął się blado i poklepał po wewnętrznej kieszeni białej koszuli.
Cahir poprawił kaptur od płaszcza i zarządził  natychmiastowy odjazd.
***
Deszcz padał od dwóch godzin, jednak Cahir nie zwolnił ani na moment. Cel był daleko, zbyt daleko by pozwolić sobie na przystanki. Jechali wciąż przez las, a posłaniec miał wrażenie, że  są cały czas w tym samym miejscu. Spojrzał na zlęknioną twarz Veronite, ufnie wtuloną w jego plecy.
Z jej czarnych loków kapała woda, jednak jej zdawało się to wcale nie przeszkadzać.  Miała na sobie jednak jedynie fioletową tunikę, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że będzie musiał podróżować z chorym dzieckiem.
Pęd pozwalał im zapomnieć  o tym gdzie się znajdują.
***
- Gdzie trafiają ludzie, których Najemnicy wysiedlają?
- Nie wiem.
- Ale mama żyje, tak?
- Ver…
-  Masz rację, lepiej byłoby, żeby była martwa.               
                                                                                                 ***          
Nastał ranek. Zatrzymali się dopiero przed pięknym domostwem, ogrodzonym grubym murem. Cahir zszedł z konia, by następnie zdjąć z niego swoją małą towarzyszkę. Deszcz już nie padał, zostawił po sobie jedynie ciężkie powietrze.  Dopiero gdy stanął na nogach, zrozumiał jak bardzo  był zmęczony. Veronite przyglądała się budowli z szeroko otwartą buzią, raz po raz ziewając.
- Takiego dużego  na oczy nigdy nie widziałam! Po co komu taki ogromny dom?
Uśmiechnął się lekko, gdy usłyszał autentyczne  zdziwienie w jej głosie.
- Nie mają co robić z pieniędzmi, to stawiają sobie takie cuda- mruknął ironicznie stawiając krok do przodu.
Stanął przed bramą, nie wiedząc za bardzo jak wejść. Ku jego zdumieniu otworzyła się sama, pchana przez jakąś niewidzialną siłę. Zrozumiał, że odbiorca listu ma wiedzę magiczną. Uśmiechnął się blado do Veronite i gestem nakazał pozostać w miejscu. Przeszedł przez bramę sam, nie wiedząc czego się spodziewać.
CDN

czwartek, 22 maja 2014

Miałem kiedyś psa


- Miałem kiedyś psa.
Przenikające ich ciała zimno, wcale nie ostudzało nerwów. Wręcz przeciwnie.  Trzęśli się jak galaretki, spoconymi dłońmi ściskając trzony łopat. Nasłuchiwali, kopiąc zażarcie jakby to miała być ostatnia czynność w ich życiu. Noc pochłaniała pole w głębokiej ciemności. Było ich dwóch. Stary i młody.
- Dobre to było psisko. Zawsze… przylazło gdy człowiek jadł kiełbasę.
Chłopczyna blady i przerażony słuchał opowieści starca, próbując oderwać myśli od ich zajęcia. Coś zamiauczało w krzakach i obaj podskoczyli niespokojnie, rozglądając się wkoło. Przez chwilę uważnie nasłuchiwali, zamierając w miejscu.

- Nikt.
- Nikt.
- No i ta psina…

Koło nich leżały dwa ciała z ranami postrzałowymi i szeroko otwartymi, przerażonymi oczami.  Ubrani po cywilnemu, mężczyzna i kobieta.

- A jak ten pies szczekał! Mówię ci!  Stu chłopa by z nóg zmiótł tym ujadaniem!

Z ran postrzałowych nie sączyła się już krew. Serca stanęły równo, chociaż ją zastrzelono chwilę później. Serca stanęły równo, bo przecież jej własne biło tylko dla niego.  Widziała jak próbował coś powiedzieć, jak jego pełne niedowierzania, zielone oczy zamierają w bezruchu. Gdy padł drugi strzał  wszystko zgasło. Odebrano im życie, wolność, oddech. Leżeli jedno na drugim, wciąż trzymając się za ręce. Jakby myśleli, że to ich uratuje.
 Czyż nie obiecano im żyć długo i szczęśliwie?

- A… imię?
- Imię?
- No psa.
- A… Joszko.

Leżeli tam pięć dni. Nikt nie tknął ciał z obawy przed śmiercią. Współcześni Romeo i Julia- tak właśnie zostali okrzyknięci przez cały świat. 
Ale ich już nie było. Nie było czarnych włosów, delikatnych uśmiechów i błyszczących, radosnych oczu. Życie na ziemi toczyło się dalej, swoim szybkim, niezrozumiałym tempem.


- Zdechł?
- E gdzie tam. Skórę z niego zdarli.
- To przykre.
- Ano. Ale miałem kiedyś naprawdę świetnego psa…

Wbrew pozorom wszyscy modlimy się do jednego Boga.  Ku pamięci. 
                                                                            ~*~ 
Wiem, że pogrzeb  Admiry Ismić i  Boška Brkić odbył się zgodnie z wszelkimi honorami, jednak najpierw zaczęłam pisać, a dopiero potem skojarzyło mi się z ich historią. Zdjęcie, które obiegło cały świat można zobaczyć tutaj. 
O co chodzi? 
Był 28 maja 1993 roku. Ona – Admira Ismić była bośniacką muzułmanką. On – Boško Brkić był Serbem. Oboje mieli po 25 lat. Tego dnia próbowali uciec z oblężonego miasta – od spadających na miasto bomb, od strzałów, od czającej się wszędzie śmierci. Niestety, nie było im dane szczęśliwe życie na wolności. Na Alei Snajperów dosięgły ich kule. Ciała Admiry i Boška leżały przez kilka dni w miejscu, w którym młodzi zginęli, gdyż nikt, w obawie przed śmiercią, nie odważył się ich zabrać.
Początkowo oboje młodzi zostali pochowani osobno. Trzy lata później ich rodziny zdecydowały się przeprowadzić ekshumację ciał i pochować je razem, na jednym z sarajewskich cmentarzy.
Do następnego :)

wtorek, 29 kwietnia 2014

To mały człowiek, a nie debil ~ Abelard Giza


To mały człowiek, a nie debil ~ Abelard Giza

 Dobrze, dziecko. Małe, śmieje się, krzyczy, płacze od święta. Minęło sześć miesięcy, już się przyzwyczailiśmy.  Przesypia noce, budzi się wcześnie rano. Chcesz sobie pospać dłużej, bo majówka, bo niedziela? Nic z tego!

Kuba jest  w sumie kochany.  Nie mówię, że ubóstwiam wszystkie dzieci, bo to nieprawda. Ale on jest  tak jakby „mój”. Mój przyjaciel, odwieczny  wróg milusińskich numer jeden, został chrzestnym chłopca, który ma teraz jakoś z 16 miesięcy. Jeździ do niego co jakiś czas, zanudza nas opowieściami, pokazuje zdjęcia tego słodkiego mulatka. Czteroletnią siostrę chłopca też uwielbia, no bo jak tu nie kochać dzieci z afro?! <3
Młodzi faktycznie są świetni. Na każde „ale przecież ty nie lubisz dzieci”  słyszę „ALE TO MOJE DZIECI!”. Ostatnio siedząc na werandzie przegadaliśmy o dzieciach z godzinę, a potem o samochodach, no bo to przecież czas na prawo jazdy. Chyba się starzejemy…

Już od dawna w Internecie można  znaleźć skecz Abelarda Gizy, który krytykuje mówienie do  dzieci „w dziwny sposób”, np. Aleee masz śliczną czapeczkę! Ktoo ma śliczną czapeczkę?! Jasiu ma śliczną czapeczkę!”. Oglądając to zawsze sobie myślałam, rany faktycznie ludzie tak mówią, jak  do debila, a nie małego człowieka. Postanowiłam wtedy, że nigdy się do małego dziecka tak nie odezwę.
Ale wiecie co? Nie da się.  Można się upierać, ale takie „dziwne” gadanie sprawia, że dziecko bardziej nam ufa, wie że nie mamy nic złego na myśli i śmieje się w głos. Przynajmniej gdy jeszcze nie mówi.
Więc tak, mówię do mojego chrześniaka w ten dziwny, irytujący sposób. Sprawia mi to frajdę jeśli uda mi się doprowadzić go do śmiechu. Już nie uważam, że to traktowanie go jak „debila”  i dobrze mi z tym!

piątek, 28 lutego 2014

Moc nic nie znaczy, jeśli mag ma przegniłe serce- Trudi Canavan


Moc nic nie znaczy, jeśli mag ma przegniłe serce- Trudi Canavan
Część 2
Porozmawiajmy o kawie w piątkowe popołudnie. W końcu jest spokojnie, chwila relaksu, rozsiadam się więc wygodnie i wyciągam książkę. Pora na Trudi.
Świat opisywany przez panią Canavan  w Trylogii Czarnego Maga jest bardzo realistyczny. Oczywiście pomiędzy nią, a Sapkowskim jest ogromna góra lodowa, jednak jak na zagraniczne standardy daje radę. Bohaterką pierwszej trylogii nie jest bogata królewna, olśniewająca urodą, tylko prosta, bardzo biedna dziewczyna ze slumsów- Sonea. W tzw. dzień czystek przebija ona barierę, stworzoną przez Magów z Gildii, zwykłym kamieniem. Od tej pory musi uciekać by uniknąć konsekwencji swojego czynu.
DLACZEGO WARTO?
Dla świata przedstawionego. Trudi świetnie ukazuje granice pomiędzy warstwami społecznymi. Nie dodaje do swoich książek innych stworzeń ze świata fantasy, bo jak sama twierdzi woli się skupić głównie na magii. Książka może i jest łatwa w odbiorze, niektórzy twierdzą, że trochę dziecinna. Jednak właśnie dlatego można ją pokochać, za prawdziwych bohaterów, za  prosty do zrozumienia język.
CZEGO W NIEJ NIE ZNAJDZIEMY?
Głupich romansów rodem z harlekinów. Wątki miłosne można zliczyć na palcach jednej ręki- nie są do tego przesłodzone.
                                               
****
Lektury są nudne. Zastanawialiście się kiedyś jaką radochę mieli autorzy lektur? „Napiszę mądrą książkę, niech się gówniarze męczą”.  Lektury, które  czytaliśmy z przyjemnością, można zliczyć na palcach jednej ręki. Od początku tego roku najlepszy był chyba „Mistrz i Małgorzata”.  „Lalka” nie jest zła, chociaż się dłuży. Nie, nie jest jakoś bardzo nudna, po prostu czytasz długo, masz wrażenie, że przeczytałeś ze 100 stron, a tu się okazuje, że tylko 20. Słyszałam wiele pochlebnych zdań na temat „Zbrodni i kary”, więc jestem pewna, że jakoś da radę, bo zdobywa uznanie nawet u ludzi, którzy za książkami nie przepadają.
Myślałam, że nic nie pobije „Kronik Wypadków Miłosnych”, jednak komuś się udało. Główny bohater z Kronik nie irytował, historia była nawet ciekawa. To Alina doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Jej urojone wyobrażenie miłości, wymyślanie różnych scenariuszy… Czekałam na koniec książki z niecierpliwością, z nadzieją, że jednak ta dziewczyna zniknie na koniec z fabuły. O dziwo jej śmierć w sumie wiele osób potraktowałoby jako happy end. Uwierzmy może lepiej w wersję kinową, która w sumie nie wyjaśnia co się stało z głównymi bohaterami; odeszli w stronę światła.



Gombrowicz to przebił. Przebił, zdając sobie sprawę z tego, jak jego książka może większość ludzi zirytować. Po zmęczeniu lejącego wodę Sienkiewicza… Nie, naprawdę nawet ja sobie z "Trans-Atlantykiem"  nie poradziłam do końca. Ciągle miałam wrażenie, że autor na siłę stara się być oryginalny. Że z każdej strony woła: PATRZCIE JESTEM KONTROWERSYJNY. No cóż. Każdy ma inny gust, dla mnie jednak to najgorsza lektura w tym roku szkolnym.

A gimnazjum? Pamiętam w sumie najbardziej „Folwark zwierzęcy”, oraz genialnego „Świętoszka”. Były więc najlepsze, skoro zapadły mi w pamięci i to z pozytywnej strony.
                    Orwell Folwark zwierzęcy zwierzecy Jeleńska Jelenska Animal Farm English Political satire Totalitarianism in fiction Political fiction Farm der tiere Djurfarmen Farm der Tier La république des animaux Rebelión en la granja I farma ton zoon La fattoria degli animali 978-0-903705-05-9 9780903705059 0903705052 0-903705-05-2 wae0033

Fenomen Tłustego Czwartku



FENOMEN TŁUSTEGO CZWARTKU
Wczoraj było najlepsze święto w roku. Mówię całkowicie serio, bez cienia kpiny.
Bo kto przejmowałby się samotnymi walentynkami, jeśli dwa tygodnie później może swoje smutki… zajeść? 
Mimo upływu czasu ten dzień NAPRAWDĘ się obchodzi z należytym impetem.
Godzina 8:50 na oko, ulica Starowiślna. W miejscu, gdzie w lecie są najlepsze lody w Krakowie, w zimie sprzedawane są pączki. Kolejka ciągnie się przez prawie całą ulicę.
Wracając do domu tramwajem o 14, zdawało mi się jakby kolejka wcale nie ruszyła z miejsca.



Do autobusu wsiada  mężczyzna ze sporym, plastikowym opakowaniem z pączkami. W sumie szkoda, że nie z kartonem. Autobus mija jakiś samochód dostawczy, stają na światłach… kierowca spokojnie wcina pączka.
W domu moje osobiste święto już czeka na konsumpcję.
Dlaczego tak się cieszymy tym dniem? Dlaczego z taką chęcią go obchodzimy? Przecież pączki można szamać codziennie, dlaczego akurat w ten dzień smakują nam najbardziej?
Bo tak się gdzieś wpisało. W naszej kulturze, tradycji. Zaczęłam zastanawiać się skąd to dokładnie się wzięło, ponieważ jak wiadomo święto jest ściśle powiązane z religią chrześcijańską. O dziwo, obchodzone jest tylko w Polsce i katolickiej części Niemiec.  Dawniej objadano się pączkami nadziewanymi słoniną, boczkiem i mięsem, które obficie zapijano wódką.
Tradycja początki ma w starożytności. Był to dzień, w którym świętowano odejście zimy i nadejście wiosny. Ucztowanie opierało się na jedzeniu tłustych potraw, szczególnie mięs oraz piciu wina, a zagryzkę stanowiły pączki przygotowywane z ciasta chlebowego i nadziewane słoniną. Rzymianie obchodzili w ten sposób raz w roku tzw. tłusty dzień..
W Małopolsce  nazywany on był wówczas combrowym czwartkiem. Według legendy nazwa pochodzi od nazwiska żyjącego w XVII wieku krakowskiego burmistrza Combra, złego i surowego dla kobiet mających swoje kramy i handlujących na krakowskim rynku. Umarł on podobno w tłusty czwartek. W każdą rocznicę śmierci przekupki na targu urządzały więc huczną zabawę i tańce.
Około XVI wieku w Polsce pojawił się zwyczaj jedzenia pączków w wersji słodkiej. Wyglądały one nadal nieco inaczej niż obecnie – w środku miały bowiem ukryty mały orzeszek lub migdał. Ten, kto trafił na taki szczęśliwy pączek, miał cieszyć się dostatkiem i powodzeniem.

I to jest świetne- że mamy coś własnego, co jest wesołe, co w końcu nie przypomina pogrzebu, co cieszy każdego człowieka w kraju. Bo na przykład przyrównując do Dnia Niepodległości… Ciężko znaleźć bardziej smutne święto. No, chyba że Wszystkich Świętych.  Nie, nie twierdzę, że od razu mamy powariować jak Amerykanie na 4 lipca, ale świętujmy może chociaż trochę… No nie wiem… Bardziej entuzjastycznie? To chyba jeden z radośniejszych dni w roku.  Dlaczego więc co roku obchody przypominają żałobę narodową? Przecież odzyskaliśmy niepodległość po 123 latach!
No cóż- tak, cieszy mnie fenomen tłustego czwartku. Tak, dalej pączki smakować mi będą najbardziej w ten właśnie dzień. To trochę jak z barszczem czerwonym na Wigilię, albo z karpiem.
Na koniec stare polskie powiedzenie: 
                                           

czwartek, 30 stycznia 2014

Za ten papieros tuż po..



ZA TEN PAPIEROS TUŻ PO...

Bułgaria. Impreza trwa w najlepsze, wszyscy dobrze się bawią.  Jakiś koleś proponuje mi papierosa. Odsuwam się  i mówię, że nie palę. Krzywi się zdumiony i nie ustępuje. Kręcę coraz bardziej stanowczo głową, w końcu odchodzi.
AHA.
Teksty pt. „Popilnuj nam rzeczy, bo ty nie palisz” , brzmią nagle jak oskarżenie. Sprawiają, że czuję się gorsza, że czuję się inna. W rzeczywistości przecież to ja postępuję prawidłowo…  
Poniedziałkowy ranek, włączam Dzień Dobry TVN, Kuba śpi w wózku obok. Gościem jest zakonnica, która opowiada o życiu sióstr w zakonie. Przyznaje bez bicia, że pali. Mówi, że zna gorsze grzechy.
No dobra… Jest ona jakąś specjalną zakonnicą, ma swoich podopiecznych, przybrane dzieci. Twierdzi, że jedne palą, drugie nie. Czy ona nie powinna być wzorem zarówno dla nich, jak i dla wszystkich ludzi?


Kiedy właściwie palenie stało się formą  „lansu”? Zaczęło wyznaczać poziom naszej „fajności”.  Nie wszyscy oczywiście podchodzą do tego w taki sposób. Każdy jednak musi przyznać, że w tym co piszę jest sporo racji.
Zrobiłam więc listę. 
Argumenty  za paleniem                                      Przeciw
Wszyscy palą                                                  Żółte palce, zęby, zniszczone paznokcie                        
To fajnie wygląda                                          Dużo kasy na to idzie
                                                                         Śmierdzi
                                                                         PALENIE ZABIJA (i tak wszyscy palą)
                                                                        No i uzależnia
Przedstawia się to nie za dobrze, prawda?  Dodajmy do tego jeszcze, że ludzie uzależnieni stają się bardzo nerwowi, gdy nie palili od dłuższego czasu. Niektórzy wręcz agresywni. Nie raz widziałam, jak wszystko zaczyna im lecieć z rąk, jak się pocą, jak ciągnie ich do papierosów.
Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Szkoda czasu, pieniędzy.  O zdrowiu nie wspominam, o to  w moim wieku człowiek się nie martwi. Nie zamierzam zmuszać się do czegoś tylko ze względu na ten „lans”, bo  to do niczego nie prowadzi.  Za dawnych lat mój tata prowadził hurtownię papierosów. Jakoś ostatnio opowiadałam o tym koleżance, która na to otworzyła oczy ze zdumienia: „Jezu, to jakim cudem ty nie palisz?!”.  Zacytuję Radka Bieleckiego: „A można, widzisz, a można! :D”
Nic na to nie poradzę. Od samego smrodu mnie mdli. Pomijając już fakt, że jest wiele mniej groźnych rzeczy, które są nielegalne( np. Marihuana, taaaak ja wiem, że to dlatego, że po tym ludzie sięgają po znacznie gorsze środki, no ale sama w sobie zła nie jest!), a ta trucizna sprzedawana jest… No cóż prawdę mówiąc prawie każdemu.

Zostawiam was ze skeczem Paranienormalnych, a feriowiczom życzę udanego wypoczynku! ;)