Moc nic nie znaczy,
jeśli mag ma przegniłe serce- Trudi Canavan
Porozmawiajmy o
kawie w piątkowe popołudnie. W końcu jest spokojnie, chwila relaksu, rozsiadam
się więc wygodnie i wyciągam książkę. Pora na Trudi.
Świat opisywany
przez panią Canavan w Trylogii Czarnego
Maga jest bardzo realistyczny. Oczywiście pomiędzy nią, a Sapkowskim jest
ogromna góra lodowa, jednak jak na zagraniczne standardy daje radę. Bohaterką
pierwszej trylogii nie jest bogata królewna, olśniewająca urodą, tylko prosta,
bardzo biedna dziewczyna ze slumsów- Sonea. W tzw. dzień czystek przebija ona barierę,
stworzoną przez Magów z Gildii, zwykłym kamieniem. Od tej pory musi uciekać by
uniknąć konsekwencji swojego czynu.
DLACZEGO WARTO?
Dla świata
przedstawionego. Trudi świetnie ukazuje granice pomiędzy warstwami społecznymi.
Nie dodaje do swoich książek innych stworzeń ze świata fantasy, bo jak sama
twierdzi woli się skupić głównie na magii. Książka może i jest łatwa w odbiorze,
niektórzy twierdzą, że trochę dziecinna. Jednak właśnie dlatego można ją pokochać,
za prawdziwych bohaterów, za prosty do
zrozumienia język.
CZEGO W NIEJ NIE
ZNAJDZIEMY?
Głupich romansów
rodem z harlekinów. Wątki miłosne można zliczyć na palcach jednej ręki- nie są
do tego przesłodzone.

****
Lektury są nudne.
Zastanawialiście się kiedyś jaką radochę mieli autorzy lektur? „Napiszę mądrą
książkę, niech się gówniarze męczą”.
Lektury, które czytaliśmy z
przyjemnością, można zliczyć na palcach jednej ręki. Od początku tego roku
najlepszy był chyba „Mistrz i Małgorzata”. „Lalka” nie jest zła, chociaż się dłuży. Nie,
nie jest jakoś bardzo nudna, po prostu czytasz długo, masz wrażenie, że
przeczytałeś ze 100 stron, a tu się okazuje, że tylko 20. Słyszałam wiele
pochlebnych zdań na temat „Zbrodni i kary”, więc jestem pewna, że jakoś da
radę, bo zdobywa uznanie nawet u ludzi, którzy za książkami nie przepadają.
Myślałam, że nic
nie pobije „Kronik Wypadków Miłosnych”, jednak komuś się udało. Główny bohater z Kronik nie irytował, historia była nawet ciekawa. To Alina doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Jej urojone wyobrażenie miłości,
wymyślanie różnych scenariuszy… Czekałam na koniec książki z niecierpliwością, z
nadzieją, że jednak ta dziewczyna zniknie na koniec z fabuły. O dziwo jej
śmierć w sumie wiele osób potraktowałoby jako happy end. Uwierzmy może lepiej w
wersję kinową, która w sumie nie wyjaśnia co się stało z głównymi bohaterami; odeszli w stronę światła.
Gombrowicz to
przebił. Przebił, zdając sobie sprawę z tego, jak jego książka może większość
ludzi zirytować. Po zmęczeniu lejącego wodę Sienkiewicza… Nie, naprawdę nawet
ja sobie z "Trans-Atlantykiem" nie poradziłam do końca. Ciągle miałam wrażenie, że autor
na siłę stara się być oryginalny. Że z każdej strony woła: PATRZCIE JESTEM
KONTROWERSYJNY. No cóż. Każdy ma inny gust, dla mnie jednak to najgorsza
lektura w tym roku szkolnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz