piątek, 28 lutego 2014

Moc nic nie znaczy, jeśli mag ma przegniłe serce- Trudi Canavan


Moc nic nie znaczy, jeśli mag ma przegniłe serce- Trudi Canavan
Część 2
Porozmawiajmy o kawie w piątkowe popołudnie. W końcu jest spokojnie, chwila relaksu, rozsiadam się więc wygodnie i wyciągam książkę. Pora na Trudi.
Świat opisywany przez panią Canavan  w Trylogii Czarnego Maga jest bardzo realistyczny. Oczywiście pomiędzy nią, a Sapkowskim jest ogromna góra lodowa, jednak jak na zagraniczne standardy daje radę. Bohaterką pierwszej trylogii nie jest bogata królewna, olśniewająca urodą, tylko prosta, bardzo biedna dziewczyna ze slumsów- Sonea. W tzw. dzień czystek przebija ona barierę, stworzoną przez Magów z Gildii, zwykłym kamieniem. Od tej pory musi uciekać by uniknąć konsekwencji swojego czynu.
DLACZEGO WARTO?
Dla świata przedstawionego. Trudi świetnie ukazuje granice pomiędzy warstwami społecznymi. Nie dodaje do swoich książek innych stworzeń ze świata fantasy, bo jak sama twierdzi woli się skupić głównie na magii. Książka może i jest łatwa w odbiorze, niektórzy twierdzą, że trochę dziecinna. Jednak właśnie dlatego można ją pokochać, za prawdziwych bohaterów, za  prosty do zrozumienia język.
CZEGO W NIEJ NIE ZNAJDZIEMY?
Głupich romansów rodem z harlekinów. Wątki miłosne można zliczyć na palcach jednej ręki- nie są do tego przesłodzone.
                                               
****
Lektury są nudne. Zastanawialiście się kiedyś jaką radochę mieli autorzy lektur? „Napiszę mądrą książkę, niech się gówniarze męczą”.  Lektury, które  czytaliśmy z przyjemnością, można zliczyć na palcach jednej ręki. Od początku tego roku najlepszy był chyba „Mistrz i Małgorzata”.  „Lalka” nie jest zła, chociaż się dłuży. Nie, nie jest jakoś bardzo nudna, po prostu czytasz długo, masz wrażenie, że przeczytałeś ze 100 stron, a tu się okazuje, że tylko 20. Słyszałam wiele pochlebnych zdań na temat „Zbrodni i kary”, więc jestem pewna, że jakoś da radę, bo zdobywa uznanie nawet u ludzi, którzy za książkami nie przepadają.
Myślałam, że nic nie pobije „Kronik Wypadków Miłosnych”, jednak komuś się udało. Główny bohater z Kronik nie irytował, historia była nawet ciekawa. To Alina doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Jej urojone wyobrażenie miłości, wymyślanie różnych scenariuszy… Czekałam na koniec książki z niecierpliwością, z nadzieją, że jednak ta dziewczyna zniknie na koniec z fabuły. O dziwo jej śmierć w sumie wiele osób potraktowałoby jako happy end. Uwierzmy może lepiej w wersję kinową, która w sumie nie wyjaśnia co się stało z głównymi bohaterami; odeszli w stronę światła.



Gombrowicz to przebił. Przebił, zdając sobie sprawę z tego, jak jego książka może większość ludzi zirytować. Po zmęczeniu lejącego wodę Sienkiewicza… Nie, naprawdę nawet ja sobie z "Trans-Atlantykiem"  nie poradziłam do końca. Ciągle miałam wrażenie, że autor na siłę stara się być oryginalny. Że z każdej strony woła: PATRZCIE JESTEM KONTROWERSYJNY. No cóż. Każdy ma inny gust, dla mnie jednak to najgorsza lektura w tym roku szkolnym.

A gimnazjum? Pamiętam w sumie najbardziej „Folwark zwierzęcy”, oraz genialnego „Świętoszka”. Były więc najlepsze, skoro zapadły mi w pamięci i to z pozytywnej strony.
                    Orwell Folwark zwierzęcy zwierzecy Jeleńska Jelenska Animal Farm English Political satire Totalitarianism in fiction Political fiction Farm der tiere Djurfarmen Farm der Tier La république des animaux Rebelión en la granja I farma ton zoon La fattoria degli animali 978-0-903705-05-9 9780903705059 0903705052 0-903705-05-2 wae0033

Fenomen Tłustego Czwartku



FENOMEN TŁUSTEGO CZWARTKU
Wczoraj było najlepsze święto w roku. Mówię całkowicie serio, bez cienia kpiny.
Bo kto przejmowałby się samotnymi walentynkami, jeśli dwa tygodnie później może swoje smutki… zajeść? 
Mimo upływu czasu ten dzień NAPRAWDĘ się obchodzi z należytym impetem.
Godzina 8:50 na oko, ulica Starowiślna. W miejscu, gdzie w lecie są najlepsze lody w Krakowie, w zimie sprzedawane są pączki. Kolejka ciągnie się przez prawie całą ulicę.
Wracając do domu tramwajem o 14, zdawało mi się jakby kolejka wcale nie ruszyła z miejsca.



Do autobusu wsiada  mężczyzna ze sporym, plastikowym opakowaniem z pączkami. W sumie szkoda, że nie z kartonem. Autobus mija jakiś samochód dostawczy, stają na światłach… kierowca spokojnie wcina pączka.
W domu moje osobiste święto już czeka na konsumpcję.
Dlaczego tak się cieszymy tym dniem? Dlaczego z taką chęcią go obchodzimy? Przecież pączki można szamać codziennie, dlaczego akurat w ten dzień smakują nam najbardziej?
Bo tak się gdzieś wpisało. W naszej kulturze, tradycji. Zaczęłam zastanawiać się skąd to dokładnie się wzięło, ponieważ jak wiadomo święto jest ściśle powiązane z religią chrześcijańską. O dziwo, obchodzone jest tylko w Polsce i katolickiej części Niemiec.  Dawniej objadano się pączkami nadziewanymi słoniną, boczkiem i mięsem, które obficie zapijano wódką.
Tradycja początki ma w starożytności. Był to dzień, w którym świętowano odejście zimy i nadejście wiosny. Ucztowanie opierało się na jedzeniu tłustych potraw, szczególnie mięs oraz piciu wina, a zagryzkę stanowiły pączki przygotowywane z ciasta chlebowego i nadziewane słoniną. Rzymianie obchodzili w ten sposób raz w roku tzw. tłusty dzień..
W Małopolsce  nazywany on był wówczas combrowym czwartkiem. Według legendy nazwa pochodzi od nazwiska żyjącego w XVII wieku krakowskiego burmistrza Combra, złego i surowego dla kobiet mających swoje kramy i handlujących na krakowskim rynku. Umarł on podobno w tłusty czwartek. W każdą rocznicę śmierci przekupki na targu urządzały więc huczną zabawę i tańce.
Około XVI wieku w Polsce pojawił się zwyczaj jedzenia pączków w wersji słodkiej. Wyglądały one nadal nieco inaczej niż obecnie – w środku miały bowiem ukryty mały orzeszek lub migdał. Ten, kto trafił na taki szczęśliwy pączek, miał cieszyć się dostatkiem i powodzeniem.

I to jest świetne- że mamy coś własnego, co jest wesołe, co w końcu nie przypomina pogrzebu, co cieszy każdego człowieka w kraju. Bo na przykład przyrównując do Dnia Niepodległości… Ciężko znaleźć bardziej smutne święto. No, chyba że Wszystkich Świętych.  Nie, nie twierdzę, że od razu mamy powariować jak Amerykanie na 4 lipca, ale świętujmy może chociaż trochę… No nie wiem… Bardziej entuzjastycznie? To chyba jeden z radośniejszych dni w roku.  Dlaczego więc co roku obchody przypominają żałobę narodową? Przecież odzyskaliśmy niepodległość po 123 latach!
No cóż- tak, cieszy mnie fenomen tłustego czwartku. Tak, dalej pączki smakować mi będą najbardziej w ten właśnie dzień. To trochę jak z barszczem czerwonym na Wigilię, albo z karpiem.
Na koniec stare polskie powiedzenie: