piątek, 30 maja 2014

Posłaniec Nocy cz.1


POSŁANIEC NOCY


Zapadała noc. Podróż była długa, a siodło wyjątkowo niewygodne. Posłaniec wzruszył ramionami. Wiedział, że zatrzymywanie się podczas pracy jest w państwie zakazane, ale co w tych czasach nie było? Koń z radością zwolnił, po bezustannym galopie, a jego pan zaczął rozglądać się za miejscem do spoczynku.
Wioska zdawała się być opuszczona.  Pod kopytami  konia coś chrupotało,  wywołując na twarzy posłańca zniesmaczenie. Zatrzymał się przy najzwyklejszej z chat, by w końcu móc zejść
z wierzchowca. Drzwi były otwarte, a w środku przeraźliwie ciemno. Zaskrzypiały lekko pod jego naporem, a po chwili już stał w środku,  zastanawiając się jak oświetlić pomieszczenia.
Słychać było jedynie huk wiatru, który obijał się o okiennice.
Szedł powoli, nie oglądając się za siebie, z rękami wyciągniętymi do przodu. Oddychał bardzo niespokojnie, próbując odpędzić  irracjonalny strach. Potknął się o coś metalowego, co narobiło wiele hałasu. Po chwili usłyszał pisk i zląkł się, nie wiedząc, czy to człowiek, czy ki czort.
W kącie izby zapłonęło małe światełko. Wciągnął głęboko powietrze w płuca i cofnął się, gotowy do ucieczki. Zatrzymał go, w ostatnim momencie, widok ogromnych, niebieskich oczu. Wpatrywały się w niego ze zwierzęcym strachem. Postać nie ruszyła się jednak z miejsca, postanawiając obserwować przybysza z kąta izby. Świeca słabo oświetlała tylko kawałek twarzy.
- Kim jesteś?- spytał wyciągając z cholewy buta nóż.
Wiatr zadął jeszcze głośniej, z pola słychać było rżenie konia.
- Veronite. Nazywają mnie Veronite- głos był słodki i dziecięcy.
 Nóż w ręku posłańca zadrżał, jednak nie został opuszczony. Wiedział, że może to być podstęp, ale jeśli dziewczynka była demonem, tak słaba broń na nic by się nie zdała.
- Jak ty… Przecież Najemnicy… Oni…
- Wyprowadzili ludzi ze wsi. Matka wepchnęła mnie do spichlerza i zakazała słowem odezwać. Wyszłam jak usłyszałam, że odjechali.
- Nikt więcej…?
- Nie.
Zapaliła się kolejna świeca, oświetlając jej dziecięcą buzię. Czarne jak noc loki, puszyły się dumnie na głowie. Sięgały za ramiona, sprawiając, że była jeszcze mniejsza. Karnację miała jasną, jednak nie bladą. Mały nosek, ładnie skrojone usta, na oko dziewięć- dziesięć lat.
- Ale nie jesteś jednym z nich, prawda?- szepnęła zlękniona wypatrując w świetle jego oczu.
- Nie.
Uspokoiła się i przez chwilę wsłuchiwali się w szumiący wiatr.
- A ciebie? Zwą jakoś?
- Cahir Pannion.
- Nie wyglądasz jak rycerz. Jesteś  włóczykijem?- spytała z ciekawością, odrywając wzrok od widoku za oknem.
Wyprostował się dumnie, prezentując swój imponujący wzrost. Brązowe włosy, zmierzwione przez wiatr, pozostały w artystycznym nieładzie.
- Królewskim Posłańcem.
- Co ze mną zrobisz? Zostawisz tu?
Na twarzy Cahira pojawił się cwany uśmiech.
***
- I naprawdę potem stąd wyjedziemy?! Gdzie?! Do Aleine? A może do Aldendoffu?- Veronite wyrzucała z siebie słowa jak z karabinu, przypatrując się z ożywieniem jak siodłał konia.
-  Myślałem raczej o Parze- odparł spokojnie.
Otworzyła szeroko oczy, coś w nich błysnęło. Przyjrzał jej się uważnie, wiedząc, że nigdy nie wyobrażała sobie nawet możliwości,  znalezienia się, aż tak daleko od domu. Alduin Par było oddalone od ich państwa o paręset mil.
- Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Najpierw musimy dostarczyć list- uśmiechnął się blado i poklepał po wewnętrznej kieszeni białej koszuli.
Cahir poprawił kaptur od płaszcza i zarządził  natychmiastowy odjazd.
***
Deszcz padał od dwóch godzin, jednak Cahir nie zwolnił ani na moment. Cel był daleko, zbyt daleko by pozwolić sobie na przystanki. Jechali wciąż przez las, a posłaniec miał wrażenie, że  są cały czas w tym samym miejscu. Spojrzał na zlęknioną twarz Veronite, ufnie wtuloną w jego plecy.
Z jej czarnych loków kapała woda, jednak jej zdawało się to wcale nie przeszkadzać.  Miała na sobie jednak jedynie fioletową tunikę, więc istniało spore prawdopodobieństwo, że będzie musiał podróżować z chorym dzieckiem.
Pęd pozwalał im zapomnieć  o tym gdzie się znajdują.
***
- Gdzie trafiają ludzie, których Najemnicy wysiedlają?
- Nie wiem.
- Ale mama żyje, tak?
- Ver…
-  Masz rację, lepiej byłoby, żeby była martwa.               
                                                                                                 ***          
Nastał ranek. Zatrzymali się dopiero przed pięknym domostwem, ogrodzonym grubym murem. Cahir zszedł z konia, by następnie zdjąć z niego swoją małą towarzyszkę. Deszcz już nie padał, zostawił po sobie jedynie ciężkie powietrze.  Dopiero gdy stanął na nogach, zrozumiał jak bardzo  był zmęczony. Veronite przyglądała się budowli z szeroko otwartą buzią, raz po raz ziewając.
- Takiego dużego  na oczy nigdy nie widziałam! Po co komu taki ogromny dom?
Uśmiechnął się lekko, gdy usłyszał autentyczne  zdziwienie w jej głosie.
- Nie mają co robić z pieniędzmi, to stawiają sobie takie cuda- mruknął ironicznie stawiając krok do przodu.
Stanął przed bramą, nie wiedząc za bardzo jak wejść. Ku jego zdumieniu otworzyła się sama, pchana przez jakąś niewidzialną siłę. Zrozumiał, że odbiorca listu ma wiedzę magiczną. Uśmiechnął się blado do Veronite i gestem nakazał pozostać w miejscu. Przeszedł przez bramę sam, nie wiedząc czego się spodziewać.
CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz