"Chwałą jednych jest, że
piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają"
Jean de La Bruyere
Od paru miesięcy piszę dla was o
zawodach, które uważam w naszym kraju za ciekawe. Nigdy jednak nie mówiłam o
sobie; chyba w końcu przyszedł na to czas.
~ Michaił Bułhakow
Czytałam coraz więcej.
W sumie mało znałam ludzi do mnie podobnych. Wiele osób mówiło, bym dała sobie
spokój, że to nie ma przyszłości. Że i tak się nie wybiję, że pisarze szybko
się wypalają. Teraz przecież królują przedmioty ścisłe, żaden inny zawód nie ma
przyszłości. A tyle osób pewnie jest
lepszych ode mnie! To akurat pewnie racja, jednak kto nie ryzykuje, ten nie
zyskuje.
Jak miałam 12 lat
trwał szał na tzw. Fanfiction z Harry’ego
Pottera. Wiem, że to dość banalne, ale zaczęło się od J.K Rowling i w sumie
nigdy nie skończyło. Od tamtego momentu Fantasy gra pierwsze skrzypce w moim
sercu. Później przyszła pora na Andrzeja Sapkowskiego, była też chwila słabości
w postaci Stephanie Meyer, oraz niegasnąca
miłość do Cassandry
Clare, Trudi Canavan i Suzanne Collins.. Teraz z rąk nie wypuszczam Sagi o Ludziach Lodu Margit Sandemo i
myślę, że zaraz po niej w kolejce ustawi się George R. R. Martin.

Rok temu poznałam osobę, która o
dziwo, jest kropka w kropkę jak ja. Chwilami mam wrażenie, że siedzi w mojej
głowie i czyta wszystkie myśli, bym myślała, że wariuję. Dzięki niej cieszę
się, że poszłam do vilo.
Na koniec umieszczam prolog do
pewnej historii ;)
Taniec Żywych Trupów
Prolog
Ogień pochłaniał cały Linderin, wzbudzając w elfach coraz większą panikę. Powoli zbliżał się do domostw, niszcząc na swojej drodze wszystko co spotkał. Mknął przez ulice, chłonął, pożądał, zabijał. Odbierał wszystko bogatym i biednym, łaknął ich mienia, śmiał się im w twarze. Był silnym żywiołem; posiadał liczne uczucia, wzbudzał strach, roznosił się jak zaraza w ciepły dzień.
Pierwsze domy zajęły się już ogniem, gdy Amis uciekał w stronę południowej bramy. Biegł. Biegł potykając się o własne nogi, oraz zwęglone ciała elfów. Biegł czując żar na swoich plecach, który otumaniał go i paraliżował wraz ze strachem. Pot spływał mu po twarzy, majaczył coś niewyraźnie. W pewnym momencie nie widział już nic, prócz ognia. Był wszędzie, a Amis czuł, że się dusi. Żywioł wybuchł przed nim nagle, utworzył śmiertelną zasłonę, zagrodził dalszą ucieczkę. Oczy mu zaszły mgłą, taki gorąc... Łzy, powstałe przez dym, spłynęły po twarzy, gdy upadł na kolana błagając bogów o łagodny koniec. Ból był straszny i obezwładniający. Ryknął głośno, czując swąd spalenizny.
Magowie pojawili się znikąd. Torowali sobie do niego drogę, szli szybko, z rękami uniesionymi w górze. Ogień rozstępował się przed nimi, znikał czyniąc ostatnie pokłony w stronę istot. Dwadzieścia zakapturzonych postaci. Ratowali stracone miasto. Amis płonął wraz z nim. Boleśnie i ostatecznie. Poczuł jak czyjeś ręce unoszą go w górę, jak ktoś coś woła. Chciał wrzasnąć, by go zostawili, ale nie mógł już wydawać z siebie dźwięków. Omdlał, a magowie ze wstrętem i współczuciem spojrzeli na jego poparzone ciało. Na jego zniekształconą twarz, która niegdyś podbijała kobiece serca. Na głowę, na której dawniej znajdowała się brązowa czupryna. Tylko zamknięte, przenikliwe, zielone oczy, wciąż pozostawały takie same.
Ogień cofał się, zostawiając za sobą spalone budynki i ciała. Znikał, a w ślad za nim podążała wiernie śmierć. Ten potężny żywioł, niezwykle przypadł jej do gustu. Nie wiedzieć czemu.
***
Jest tutaj wielu, którzy mnie nienawidzą. Czuję to. Jak żądła pszczół.
— Stephen King "Zielona Mila"
Budynek Babilonu Magów był ukryty głęboko w lesie. Krążyły o nim legendy, straszono nim dzieci. Tak naprawdę ta okrągła, siedmiopiętrowa budowla, nie miała w sobie nic przerażającego. Była domem trzydziestu dwóch magów. Mówiono, że to najwyższy budynek jaki kiedykolwiek wzniesiono. Piął się dumnie do nieba, a nad nim górowała jedynie Osmolona Góra. W zasadzie swoim wyglądem przypominał potężną wieżę, która odstraszała wszelkie nacje. Wszyscy magowie czuli się dobrze i swobodnie w babilonie, jakby to było miejsce dla nich najlepsze. No może z wyjątkiem jednej osoby.
Tego dnia, Shenna jeszcze bardziej niż zwykle żałowała, że został u niej wykryty talent. Wciąż przywożono nowe ofiary pożaru. Lecznica śmierdziała potem i krwią, a tego zapachu dziewczyna nie cierpiała. Kojarzył się ze śmiercią, więc uciekała z trzeciego piętra jak najczęściej się dało. Jednak Shenna była Dwunastą; jak każda magiczka zajmowała się zielarstwem- czego nienawidziła bardziej niż zapachu w lecznicy. Siedziała więc schowana w wielkim kufrze, na siódmym piętrze, modląc się by nikt jej nie znalazł. Jej ciało było wygięte pod dziwnym kątem, z trudem łapała w płuca powietrze. Kasztanowe włosy, zwykle ułożone w idealne fale, teraz skołtunione opadały na zarumienioną twarz.
W myślach magiczki wciąż pojawiał się obraz spalonych zwłok Amisa, którego przecież kiedyś tak dobrze znała. Gdy przywieziono je do lecznicy, nie potrafiła powiedzieć słowa, bo praktycznie dławiła się od łez.
"Najwidoczniej nie nadajesz się nawet do takiej pracy". Tak jej powiedział Naczelnik. Miał ją za nic. Bo była kobietą. Zacisnęła zęby ze złości, gdy nagle usłyszała głośne kroki. Spięła wszystkie mięśnie, skuliła się jeszcze bardziej, wstrzymała powietrze.
- Shenno.
Jęknęła w myślach, jednak nie ruszyła się ani o centymetr. Korytarz był opustoszały, wszyscy byli w lecznicy. Głos Kanona potoczył się więc po nim echem. To piętro zajmowało się kształceniem młodych magów w różnym wieku. Znajdowały się tu salki, oraz ogromna biblioteka, w której znajdowały się wszystkie księgi jakie tylko powstały od początku świata.
- Wiem, że tu jesteś. Wyjdź z ukrycia. Nic ci nie zrobię.
Miał spokojny głos, miły dla ucha, ale nie skłaniało to Shenny do opuszczenia kryjówki. Odczuła jego obecność jeszcze lepiej, stał tuż obok. I doskonale wiedział gdzie ona jest. Wieko kufra delikatnie się otworzyło, a Shenna ujrzała szare tęczówki Kanona. Wpatrywał się w nią ze źle ukrywaną irytacją.
- Co ty tu robisz, zielarko? Powinnaś być razem z innymi, czyż nie?- świdrował ją wzrokiem.
- Ja nie...- zaczerwieniła się jak piwonia, po czym wyszła niezgrabnie z kufra.
Stanęła naprzeciwko niego i poczuła intensywny zapach ziół. Westchnęła ciężko, oparła się o ścianę. Kanon był wyjątkowo przystojny. Miał średniej długości, blond włosy, często spięte w kucyka, oraz wyjątkowo ładnie wyrzeźbione ciało.
Mogła to zauważyć nawet mimo tej durnej, niebieskiej szaty, którą miał na sobie.
- Shenno?
I jego uszy miały niesamowicie ostre zakończenia, wyjątkowo męskie... Tak ten elf jej się podobał, musiała sama to przyznać. I ten ziołowy zapach!
- Shenna!
- Tak?- spytała nieprzytomnie.
- Pytałem dlaczego tu jesteś- powtórzył niecierpliwie.
- Wiesz, że pachniesz ziołami?- szepnęła, wciąż zafascynowana nowymi odczuciami.
- Cały dzień pomagam z eliksirami... Czy ty się dobrze czujesz?- ostatnie zdanie wypowiedział z wyraźnym wahaniem, co ją natychmiast obudziło.
- Tak, wszystko w porządku, przepraszam. Już wracam na dół, zrobiło mi się słabo...
Przyjrzał jej się uważnie, poczym podszedł do okna.
- Coś nadchodzi. Coś wielkiego- szepnął poważnie patrząc w dal.
Shenna poprawiła włosy, oparła się o ścianę naprzeciwko okna. W głowie jej delikatnie zaszumiało.
- Masz na myśli wojnę?- spytała niedbale, wygładzając swoją zieloną szatę.
Odwrócił się gwałtownie, uśmiechnął z kpiną.
- Przewidzieliśmy, że kiedy słońce zderzy się z nocą, nasz król zadecyduje o losach tysięcy stworzeń. Zapanuje chaos, nie ominie on żadnej z nacji, żadnej z odłamów naszej rasy. Świat stanie na głowie. Piątego Severela rozpocznie się nowa era.
Poczuła, że usta ma suche. Przejechała po nich językiem, czując na sobie czujne spojrzenie elfa.
- To pewne?- spytała słabym głosem.
- Mówiłbym Ci o tym, gdybyśmy nie byli pewni?- mruknął Kanon nieprzyjemnie.
Zamilkli wpatrując się niepewnie w swoje twarze.
- A kto... a kto będzie w centrum tego chaosu?- zapytała cicho.
Spojrzał jeszcze raz na las roztaczający się za oknem. Chmury kłębiły się nad Babilonem, zwiastując Armagedon, o którym mówił Kanon.
- Ludzie.
***
Valter szedł pośpiesznie zamkowym korytarzem. Cisza ogarniała cały marmurowy pałac, co wprawiało doradcę królewskiego w jeszcze paskudniejszy nastrój. Był piąty Walera. Pierwszy dzień linderińskiej żałoby. Valter przeklinał ją tak samo jak wiadomości, które musiał przekazać młodemu królowi.
Rzucił okiem na portrety zawieszone w korytarzu. Przedstawiały one dawnych władców Linderinu. Valter podejrzewał, że znajdują się one tu tylko dlatego, że Loriel nie miał ochoty oglądać twarzy swoich przodków. Elf wcale się temu nie dziwił; właśnie jeden z prapradziadków króla, wbijał w niego groźne spojrzenie, które aż mroziło krew w żyłach.
Zdyszany dotarł wreszcie do ogromnych, drewnianych drzwi, przy których stało dwóch gwardzistów. Na widok Valtera wyprostowali się i skłonili nisko. Elf doskonale wiedział, że wzbudzał strach w linderińczykach. Wielokrotnie słyszał za swoimi plecami, że jest wiecznie wściekły, zimny i brak mu ogłady. Dworzanie dziwili się, że ktoś taki, jest osobą najbliższą sercu króla. Dwórki szeptały nie raz, że włosy Valtera mają dziwny kolor; sraczkowaty brąz, podchodzący pod zieleń. No i nos, który sprawiał wrażenie wiecznie złamanego. Doradca królewski słyszał te wszystkie opinie, jednak obchodziły go one tyle, ile śmieszne gacie barona Renelta.
Chuderlawy gwardzista pchnął pośpiesznie drzwi i zniknął na kilka sekund w pomieszczeniu.
- Niech wejdzie- dosłyszał Valter z komnaty.
Westchnął ciężko i wszedł do środka. Ogarnął pospiesznie wzrokiem ciemną komnatę. Król stał na zamkowym balkonie. Nie zwlekając dłużej Valter zebrał się w sobie i dołączył do Loriela.
- To początek końca, panie- oznajmił spokojnie, odgarniając swoje dziwne, przydługie włosy.
Stali na zamkowym balkonie, przyglądając się miastu, które w jeden dzień prawie całkiem upadło. Ramię w ramię, król i jego doradca, obydwoje skołowani i niepewni. Liorel oparł się o balustradę, myśląc nad czymś intensywnie. Krótkie blond włosy, lekko opadały mu na szare oczy. W skupieniu marszczył brwi, które całkowicie pokrywało fioletowe znamię. Tak naprawdę ciągnęło się ono przez całe czoło i oczy, kończąc na policzkach. Rzucił niechętne spojrzenie Valterowi.
- Masz dla mnie jakieś informacje?
- Nie są zbyt dobre- odparł coraz bardziej zdenerwowany doradca królewski.
Loriel spojrzał na niego srogo, więc Volter chcąc, czy nie chcąc zaczął mówić:
- Ludzie... Wczorajszy dzień uznali jako święto narodowe...
-Że co?!- wrzasnął Loriel niemal podskakując.
Niebieskie oczy jaśniały gniewem, pełne usta układały się w najgorsze przekleństwa.
- Moja nacja ginie, spłonęło ponad stu elfów, domy, rynek, a oni świętują?!
Valter cofnął się przerażony o kilka kroków, mrucząc pod nosem jakieś uspokajające słowa.
- Ja im dam święto narodowe, psia mać!- zakończył swoją litanię Loriel spoglądając przed siebie dzikim wzrokiem- Rian!
Pojawiła się znikąd; jak zawsze. Włosy o wszystkich kolorach tęczy lśniły nienaturalnie. Były proste jak struna. Przyklęknęła na jedno kolano, nie odrywając od nich wzroku.
- Linderińczycy chcą wyjaśnień, tak? Chcą wiedzieć kto jest odpowiedzialny za ten pożar...- warknął Król, jednak Valter z ulgą stwierdził, że Loriel uspokoił się już nieco.
- Tak, panie.
- To ludzie. To ta zaraza, podpaliła nasze miasto.
- Panie... Nie mamy pewności. To żywe istoty- wyjęczał Valter coraz bardziej blady.
- To niewolnicy!
Loriel zmrużył oczy i spojrzał z wyczekiwaniem na małą czarodziejkę. Podniosła na niego fioletowe oczy, zamrugała gwałtownie.
- Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać- mruknęła Rian ponuro.
Loriel z niepokojem wyczuł, że temperatura znacznie spada. Zatrząsł się z zimna, jednak nie oderwał wzroku od kobiety.
- Co mam przez to rozumieć?
- Decyzja należy do ciebie, panie. Wiele od niej zależy. Mogą zginąć miliony- szepnęła cofając się powoli w tył. Władca zmrużył oczy.
- To nie... To tylko pasożyty. Nic nie warte pchły, które rozmnażają się w mgnieniu oka...- warknął.
- Decyzje, decyzje...
Czarodziejka rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie delikatny zapach jaśminu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz